Wydawnictwo to przedsiębiorstwo. Nie jest to jakimś wielkim odkryciem w sumie. Książka to produkt jak każdy inny, wytwarzany i sprzedawany na rynku. Jeśli wydawnictwo traktuje ten proces poważnie – takie które o tym zapomina długo na rynku nie przebywa – stawia przed sobą cele, określa strategię ich wykonania, a następnie samo przed sobą się z wykonywanych założeń rozlicza. Wydawcy szukają nowych rozwiązań w: dystrybucji, promocji, ofercie. Zazwyczaj cechuje ich elastyczność i starają się do potrzeb rynku, czyli czytelników jak najlepiej dostosować. To daje większą szansę na końcowy sukces – zysk.
W światku fantastycznym nakłady nie są powalające, większość odbiorców taką literaturę omija szerokim łukiem. Dlatego też wydawcy na tym rynku muszą się jeszcze bardziej wykazać. Sposobów jest wiele, nagięcie oferty fantastycznej i rozszerzenie jej do odpowiadającej większej grupie docelowej, dominacja na rynku w jakimś określonym segmencie, bądź znalezienie sobie nie zapełnionej jeszcze niszy. Ulegają także trendom wydając pierw masowo książki o małych czarodziejach, a następnie pisanych przez młodocianych autorów aby w końcu przejść na wampirze romanse. W taki sposób pieniądze w kasie się zgadzają, wydawnictwo jest nad kreską i dalej może działać.
Jednak co zrobić jeśli taką ścieżką albo nie chcemy pójść, albo też nie mamy takiej możliwości? Trzeba sprawdzić inne dostępne drogi aby się utrzymać na wodzie, a nie tonąć. Pierwszy taki ruch na rynku fantastycznym wykonała Agencja Wydawnicza Runa. Zaangażowała się ona wraz z paroma innymi wydawnictwami nie fantastycznymi w projekt eClicto, czyli wydaje swoje książki w ebookach. Zapowiadano wielki postęp w wydawaniu książek w wersjach elektronicznych, że to co rozpoczęło się wraz z powołaniem do życia eClicto to przyszły standard na świecie. Z tym, że sami podeszli do tego nieśmiało i wydają ebooki pozycji, które wypuszczają na rynek także w tradycyjnej, papierowej wersji. Wygląda to tak jakby samo wydawnictwo we własną inicjatywę nie wierzyło i bało się iść dalej. Oczywiście pewnie to zrobi za jakiś czas, chyba że ten research rynku w tym momencie nie da im odpowiedzi na jakie niewątpliwie czekają i zaniecha dalszych działań. RUNA jako małe wydawnictwo, wydające rocznie niewiele książek w porównaniu do m.in. takiej Fabryki Słów, stara znaleźć sobie własne miejsce na rynku, wybić się bardziej na tle innych. Niewątpliwie ich oferta na to zasługuje, ale czy im się to uda właśnie poprzez eClicto? Moim zdaniem ebooki to przyszłość, ale jednak dość odległa. Po pierwsze, o ironio, największym problemem w tym projekcie jest cena. Koszt czytnika na dzisiaj to 899 zł oraz dochodzi do tego odpłatność za książki. Można ściągnąć darmowy program i czytać na komputerze, ale tutaj jest kolejna bariera. Czemu czytelnicy mają płacić ok. 15 zł za książkę (takie są teraz ceny tych pozycji) jak mogą mieć też w wersji elektronicznej za darmo? Nie ma z mojej strony pochwały piractwa, tego w nie popieram, ale bądźmy realistami. Jednak czy ten eksperyment, bo niewątpliwie takim jest eClicto wypali przyjdzie nam trochę poczekać. Czy m.in. Runa na tym coś zyska także. Niemniej w tym wypadku cieszy to, że wydawnictwo trzyma rękę na pulsie i działa, wychodzi z inicjatywą, oby tylko cała para nie poszła w przysłowiowy gwizdek.
Inną drogę obrało krótki czas temu wydawnictwo Solaris. Na ich stronie pojawiła się informacja, że powieść „Teranezja” Grega Egana będzie można tylko nabyć w ich księgarni i nigdzie indziej. Odezwały się jak zawsze dwa obozy, oburzonych czytelników o ograniczenie dostępu do książki, a z drugiej strony zachwyconych osób dla których takie posunięcie do strzał w dziesiątkę. Była nawet mowa o rzeczach wyższej materii, ale wątpię aby Wojciech Sedeńko (właściciel) wydawał książki tylko i wyłącznie dlatego aby nieść światło w tych ciemnych czasach. Zakładając, że Egana sprzedaje się 1000 egzemplarzy, a żeby wypuścić książkę na rynek trzeba wydrukować ich 2500 to wybór był dość prosty. Za takim posunięciem przemawia też to, że wydawnictwo ma własną internetową księgarnię, więc nie musi tworzyć czegoś specjalnego pod dystrybucję tej książki. Wydaje się też, że fanów też ma stałych, ale z drugiej strony nie tak wielu jak konkurencja, a nakłady publikowanych przez nie pozycji do oszołamiających nie należą. W takim posunięciu można upatrywać próby skupienia fanów wydawnictwa wokół ich własnej księgarni oraz co za tym idzie ściągnięcia niewątpliwie nowej klienteli. Minusem takiej tylko dystrybucji pewnie będzie zmniejszenie sprzedaży, ale biorąc pod uwagę, że nakłady też będą niższe oraz znikną koszty pośrednictwa wg wydawców oceniane na 30-50% ceny książki, daje to sporo do myślenia. Solaris nie ustaliło jeszcze ceny „Teranezji”, ale to może być ostateczny argument „za” bądź „przeciw” całemu przedsięwzięciu. Jeśli ceny książek publikowanych w ten sposób spadną dość znacznie, to Solaris będzie miał spokojny byt zapewniony dzięki niezależności i płynności płynącej z przywiązania do niej fanów. Nie wspominając, że tak niski nakład też psychologicznie wpływać będzie na czytelników dając im poczucie, że dostają jako jedni z nielicznych w Polsce taką książkę. Tutaj jednak wydawnictwo niewiele ryzykuje, wybrało książkę, która i tak miała marne szansę się zwrócić jeżeliby była wydana w tradycyjny sposób. Stosując takie zagranie może uda się Solarisowi na niej zarobić, a przy okazji sprawdzić czy ten pomysł wypali. Wojciech Sedeńko zapowiedział na forum wydawnictwa, że w tym roku w taki sposób ukaże się jeszcze jedna pozycja.
Inicjatywa Runy jak i ta Solarisu to szukanie nowej drogi dla tych wydawnictw. Nie dziw, że takie ruchy wykonują małe wydawnictwa, które nie mają tak wiele do stracenia jak potentaci na rynku. Chociaż jedynie eClicto może zostać podłapane przez większych, to co zamierza zrobić Solaris odnosi się jedynie do małych, można nawet powiedzieć rodzinnych wydawnictw, mających stałą rzeszę fanów bądź odbiorców swoich produktów. Dla dużych wydawnictw, chociaż posiadają one własne małe księgarnie, ale jedynie jako dodatek, sprzedawanie bez pośredników się nie opłaca. One wolą dać zarobić innym, ale mieć dostępną także większą sieć dystrybucji i nie mówię o bytności w takich sieciach jak Empik, Matras, Kolporter czy internetowy Merlin, ale również mieć miejsce na regale w supermarkecie bądź w kiosku przy przystanku. Lecz to w sumie także zróżnicowana oferta książkowa przemawia za takim postępowaniem. Wydawnictwom o sztywnym profilu mogą się udać te z pozoru szalone zagrania.
Dziś już wiemy, że z hucznych zapowiedzi jedynie one same zostały. Egan został wydany niby tylko dla potrzeb SolarisNet, ale też trafi do Empików – więc gdzie tu stalowa konsekwencja? Zardzewiała pewnie. Można mówić, że wydanie “Niebezpiecznych wizji” Ellisona jest nowym standardem… ale… Słyszeliśmy, że trzeba mieć jaja aby coś nowego w Polsce zrobić… Mhm.




