Książki

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
"Żagiew wiary"
Autor Wiadomość
bartold


Posty: 71
Skąd: Miasto Drzwi
Wysłany: 2008-01-29, 17:04   "Żagiew wiary"

I

-Nie wiem, mości panowie, dlaczego Astonrath, Bóg Pożogi, wybrał mnie na swojego sługę; nie chciałem nigdy być albinosem o zwęglonej skórze. Tak, przyjacielu? Uważasz, że niewrażliwość na ogień to dar? Dla mnie to klątwa. Klątwa, która nie pozwoli mi zaznać ciepła domowego ogniska. Macie, mości słuchacze, dziatwę? Z pewnością. A jakbyście nie mogli wyczuć ręką, czy jego czoła nie rozpala gorąc piekielny? Jeno moje wyczucie demonów pozwala mi odkryć biesa w ludzkiej skórze, jednak wtedy już tylko stos biedaka ocali... Nie, drogi panie, nie jestem inkwizytorem, gdzieżby tam! Nie palę ludzi na stosie. Jestem Kapłanem Ognia.

Dzięki ci, panie drogi, za ten cudowny popitek – ależ w gardle mi już zeschło pieruńsko. Nie zawsze moja skóra była czarna i pomarszczona – a przecież jeno trzydzieści dwie wiosny widziałem. Kiedyś byłem inny – zaprawdę inny. Nie spopielony, jak dzisiaj, ale też nie taki jak inne dzieci. Miałem białe włosy. I czerwone oczy. Włosy macocha mogła przefarbować, jak to zwała, , by wyglądały jako brązowe; oczu już nie. Tako więc bali się mnie; bajali, że kaj ja idę, bies stąpa za mną. Że patrzy swoimi szkarłatnymi ślepiami przez moje oczy. Mylili się. To nie ja byłem opętany, nie ja zginąłem, gdy obudziła się Bestia Mroku. Objawił mi się sam Astonrath, gdy sioło rozgorzało niczym pochodnia. W tym ogniu szalała Bestia – sam sołtys w demonicznej postaci. Wiedziałem, że za tym rogatym, rozżarzonym cielskiem kryje się przerażona dusza; jednak ona była już stracona. I zgodnie z wizją zesłaną mi przez Najwyższego, wkroczyłem w płonący krąg śmierci. Nikt prócz mnie nie widział diabelstwa – Pan Mój zesłał mi wiedzę i oświecenie, a przecież tylko niewiedza samowtór z ignorancją otwiera nasz umysł na wszystkie niegodziwości świata do tego stopnia, by mógł nad nami panować pomiot piekielny. Dlatego nie mógł mnie pochłonąć, dlatego moje natchnione słowa zmusiły go do odwrotu. Wycofał się, a za nim płomień w którym kroczył On i ja. Zostałem tam odmieniony ja i wyssane z duszy – tak, z duszy! – truchło sołtysa. Tak dokonała się moja przemiana – choć nie poczułem ognia, moje ciało ucierpiało straszliwie. Nigdy już nie poznam szczęścia ojcostwa, nie poczuję przyjemnego ciepła domowego ognia...

Oto ja, Trevano Czarny. Co? Przecież samiście prosili, bym uchylił kaptura. Nie mówiłem, że moja skóra jest zwęglona? Że oczy żarzą się szkarłatem? Że me włosy są białe niczym śnieg? Dlaczego się mnie boicie? Przecież przed chwilą piliście ze mną, przeżywaliście moje opowieści... A nikt z was nie wie, kto w tej gospodzie jest prawdziwym demonem. Tak, demonem! O, Astonrathu, ty widzisz niewiernych a nie grzmisz! Toż to nie wyznawcy, a heretycy, którzy kłamliwie wyznają w Twą boskość, a nie dają wiary w wrogów Twoich, których istnienie powoduje Twą egzystencję! A ty, bękarcie nieszczęsny, odłóż tę pochodnię – przecież mnie się płomień nie ima. A teraz, kmiecie – któż z was wierzy – szczerze wierzy – w Astonratha? Któż z was ufa mu całym sercem, nie lęka się ognia i dziękuje Panu za jego dar ciepła? Tylko jeden? A czy ten jeden jest choćby uczciwy w swym słowie? Czy nawet jeden nie może być czysty w sercu? Czemu nawet ten, który się przyzna, kryje w sercu fałszywy ogień, ogień piekieł? Tak, bękarcie, nie dziw oczu, ja już wiem, kogo czcisz. Może oszukasz swoich braci w niewierności, ale mnie nie przechytrzysz. Ja widzę to, co niewidoczne. Czuję żar piekła w twej duszy. A teraz, mości panowie, rozejdźcie się.

***

Wiedziałem, że nie mogę mu pomóc. Nikt nie mógł mu pomóc, ja mogłem jedynie skrócić jego męki. Ale czy on tego chciał? Czy zwykłe, jakże ludzkie przywiązanie do życia nie zaślepiło go? Nie miałem pojęcia. Dostosowałem się do obecności mocy, która żerowała na nim – z nią nie można walczyć, trzeba ją opanować, wchłonąć i zdusić czystą, niezachwianą wiarą. Czułem Jej obecność; mój umysł wirował w Niej. Połączyłem się nim z ciałem Bestii, zacząłem modły do Pana, Astonratha. Wiedziałem, że sprawi Jej to ból; wiedziałem też, że nasza synteza odbije się na moich zmysłach, że poczuję Jej strach, cierpienie. Mimo to, musiałem wytrzebić ten pomiot. Moje uczucia nic tu nie znaczyły; miałem misję do wypełnienia i nie zamierzałem zawieść.

Mój Pan mnie wysłuchał; czułem boleść potwora. Zrodzony z Mroku piekieł – zginie w oczyszczającym świętym ogniu wiary niegodnego kapłana. Czułem jego ból. Czułem jego strach. Czułem ciepło.

Czułem radość.

Przyjąłem całą moc. Wchłonąłem Cień. Pokonałem część Mroku. Deski przepalały się pod moim dotykiem.

Czułem ciepło.

Ciemność.


II

Ogień strawił już trzy ławy i zastawę drewnianą, na którą to karczmarz inwestował napiwki zbierane przez lata, jako człek zaradny i przedsiębiorczy. Nie dość jednak, by murem ściany okryć, tak więc przerażające myśli galopowały raz po raz środkiem jego umysłu. Trzewia tawerny dopalały się już, czas tedy przyszedł na ściany.
-Kumie, podajcie wiadro, powała już gore!
Zadziwiające, ile ludzie potrafią wykrzesać z siebie siły, gdy nadchodzi nieuniknione. Niezwykła sytuacja, zwykły człowiek, niezwykłe czyny. I dlatego zwykły kmieć, jakim był Janko Wręguła, potrafił zdobyć się na czyny, które – w jego opinii przynajmniej – dorównywały czynom rycerzy zakonnych. To on rzucił się na ratunek mdlejącemu kapłanowi, on to wyciągnął go ze zgliszcz, nim krokiew dachu łba mu nie strzaskała. Miał bowiem dług wielki u nieprzytomnego – przecież dzięki niemu dokonał pomsty na grzeszniku, co to jego żonę gwałtem wziął i bękarta spłodził...
-Pomógłby który, sam nie dam rady!
-A zostaw tego biesa, niech gnije w ogniu! – Tak, w głosie karczmarza była nienawiść. Jednak tacy ludzie nie dostrzegają prawdziwego dobra ukrytego za pozornym złem, tak jak nie dostrzegli demona ukrytego pod postacią stajennego. Sam więc ostał się Janko w niesieniu swego wybawcy, jeno gruba skóra skradzionych rękawic skórzanych chroniła jego skórę od piekielnego żaru, jaki emanował od kapłana. Silny z Janka był chłop, takoż podołał swemu zadaniu: wyniósł nieprzytomnego poza obręb karczmy. Położył ciało na trakcie i jeno się obrócił, a już pierwszy kamień poleciał...

III

Moja głowa... Nie czułem jej? O, nie... Było gorzej. Dużo Gorzej. Czułem ją? Mało powiedziane. Rozpalał ją żar niesamowity, żar, od którego oczy moje schły powoli. Chociaż dogorywałem – w obu znaczeniach – nie pamiętam, bym się zbudził. Sen tak głęboki mnie zmorzył, że wijący się wewnątrz, tlący powoli duch demona nie zdołał mnie wyswobodzić z oków koszmaru. A ten był jednym z najgorszych w moim bogatym życiu – przewijały się w nim najgorsze wspomnienia, porażki, błędy. Zniweczone szanse, nieodpowiednie decyzje, zaprzepaszczone możliwości... Nie, nie zaznałem wiele szczęścia w życiu.

Największym uśmiechem losu do mnie było wejście w ogień bez szwanku – co jednak łączyło się ze spaleniem skóry, mimo iż dotąd była nieludzko biała, sczerwienieniem białek oczu, choć przecież źrenice już wcześniej strzelały szkarłatem. Jedynie włosy się nie odmieniły – nie wiem, czemu akurat włosy, zamiast skóry, lepiej jednak nie wnikać w zamysły Astonratha. Nie dla śmiertelnych przeznaczona była znajomość woli Pana. Tak więc zostałem czarnoskórym, białowłosym i czerwonookim apostołem Pożogi.

Za to nieszczęść w mym życiu było od groma, przewijały się one przez całą mą naukę kontroli daru Pańskiego: od przypadkowego przypalenia szaty podczas wędrówki przez step, po sporadyczne złe oceny mocy demoniszczy, co raz omal nie pozbawiło mnie życia. Co prawda, nie czułem się teraz aż tak strasznie, jednak w takich chwilach rozumiałem nieszczęśliwe dziewice rzucające się ze skał; rozumiałem ich niechęć, wstręt do życia, które dostarcza im tyle cierpienia. Ale ja nie byłem jak one. Ja miałem wielkiego sprzymierzeńca, dlatego wciąż się trzymałem na tym padole łez. Miałem misję, i zamierzałem jej dopełnić...

Misja...

Otworzyłem oczy.


IV

W nagłym przypływie odwagi sołtys przeskoczył żegnające się z życiem truchło Jana Wręguły, wziął szeroki zamach na niemrawo zbierającego się z ziemi kapłana. Ledwo odchylił prawicę, a tu sięga go gorąc tak niesamowity, że płonące trzewia karczmy zdały się rajem. Bezcelowo zasłonił twarz dłonią, bezcelowo, gdyż płaty skóry już odpadały z czoła, policzków, nasady nosa... Nie minęła minuta, a ciało sołtysa było od przodu wypalone do kości, które to kości, nawiasem mówiąc, zwęglały się w niesłychanym tempie. Po wnętrznościach nie zostało ni śladu.

Tymczasem osobnik mieniący się Trevano Czarny rozejrzał się mętnym wzrokiem, chociaż jego czerwone oczy jarzyły się blaskiem, zdawał się błądzić niczym dziecko we mgle. Zatoczył się i oparł o parkan, który wręcz stopił się pod jego dotykiem, ku zdumieniu padającego na twarz kapłana. Ziemia zasyczała, trawa również się zwęglała. Po oczach człowieka, jego ruchach gołym okiem znać było – paradoksalnie - gorączkę, włosy mieniły się odcieniami bieli i szarości niczym popiół, który wirował dokoła.

Podniósł się i ruszył z wolna przed siebie, zostawiając ogniste ślady i smużki dymu w miejscach, gdzie nastąpił nogą. Co najdziwniejsze w tym wszystkim, ani włosy, ani ubrania, o ciele nie wspominając, nie spłonęły. Kaptur pozostał wytarty, szkarłatna szata zmatowiała, buty zabłocone. Włosy powiewały na ognistym wietrze, jednak ich także nie odmieniła anomalia.

Kmiecie uciekali w popłochu, dość im było widoku zmasakrowanego sołtysa. Ten, który kamieniem powalił Wręgułę, spróbował również i kapłana tak załatwić, to był jedyny odważny. Na próżno, gdyż kamulec stopił się jeszcze w powietrzu, a niedoszła ofiara nawet zdarzenia nie zauważyła. Jednak chłop to chłop, a że ten nawet jak na chłopa głupi był, to rzecz jasna nie odpuścił. Wierzył solidnej, dębowej pałce, nie umysłowi. Nie podszedł za blisko...

V

Moja głowa... Wciąż tliły się w niej strzępy nieczystej duszy, raniąc przeokrutnie moją własną. Miałem wielką ochotę szarpać się z tym uczuciem, wyrywać bólowi, jednak wiedziałem, jakie będą konsekwencje. Musiałem wytrwać i przyjąć ognisty huragan niby najhojniejszy dar, przypominało to podążanie w ciemnościach wąskim mostem nad przepaścią. Jeśli zaufasz, utrzymasz kierunek i nie spanikujesz, dojdziesz na drugi dzień.

Wciąż prześwitywały mi wspomnienia ostatnich dni, zwłaszcza człowiek topiący się jak świeca o krok ode mnie. Widok piękny, a zarazem straszny.
Obudziło mnie poczucie niespełnienia. Misja... Miałem misję... Tylko, za cholerę, nie mogłem sobie przypomnieć, co to za misja... Może nigdy nie wiedziałem? Może... Całe moje życie to nieprzerwany ciąg domysłów, z których żaden nie przybliżał mnie nawet na krok do odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Najważniejsze, gdyż zawsze mnie interesowała wola boska. Przecież nie każdy zostaje obdarzony częścią Mocy, czyż nie?

Już nadciąga moja towarzyszka niedoli...

Witaj, Ciemności...
_________________
Flame over all...
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Fahrenheit 451


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Nasze bannery

Współpracujemy:
[ Wydawnictwo MAG | Katedra | Geniusze fantastyki | Nagroda im. Żuławskiego ]

Zaprzyjaźnione strony:
[ Fahrenheit451 | FantastaPL | Neil Gaiman blog | Ogień i Lód | Qfant ]

Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 13